RAW czy JPEG, obrabiać czy nie

W minionym roku publikowałem tu kwartalne Przeglądy zdjęć. Dzieliłem się przy tym swoimi doświadczeniami z realizacji wyzwania, polegającego na narzuceniu sobie dyscypliny regularnego fotografowania. Projekt ten na tyle jednak spowszedniał i wpisał się w moją życiową rutynę, że kontynuuję go już bez dalszego relacjonowania. Zamiast tego będę tu publikował felietony poruszające ciekawe, mam nadzieję, zagadnienia z dziedziny fotografii, okraszone aktualnymi zdjęciami. Treści te będą pojawiały się rzadziej, ale z większą dbałością o zawartość merytoryczną. Oto pierwszy z takich artykułów.

 

Moja introspektywna natura skłania mnie czasem do rozmyślań o tym, dlaczego coś robię, dlaczego w taki a nie inny sposób bądź dlaczego czegoś nie robię. Nie inaczej jest w przypadku fotografii - lubię sobie o niej trochę pofilozofować, czy to z innym towarzyszem rozmowy, czy choćby tylko ze swoim własnym wewnętrznym głosem. I tak też czasem przy okazji publikacji swoich zdjęć w internetach wspominałem o tym, że w zasadzie korzystam tylko z JPEGów prosto z puszki i praktycznie nie obrabiam RAWów. Ba, nawet tych JPEGów jakoś szczególnie nie obrabiam, przynajmniej nie w taki sposób, z jakim kojarzy się zaawansowany retusz zdjęć. Ma to swoje sensowne, jak sądzę, uzasadnienie i od jakiegoś już czasu zbieram się w sobie, aby ten sens poukładać sobie w głowie i ubrać w słowa. Jeśli na myśl o obróbce zdjęć pojawia się na twojej twarzy grymas zniechęcenia, być może odnajdziesz w tym tekście coś bliskiego sobie.

Zanim jednak wszyscy się na mnie poobrażają i uznają mnie za idiotę lub pogubionego zarozumialca, chciałbym wyjaśnić, że wcale nie posiadam jedynie słusznej recepty na to, jak należy fotografować i co jest dozwolone w obróbce, a czego należałoby unikać. Każdy fotografuje w inny sposób i inny cel chce przy tym osiągnąć. Nieważne jakim aparatem i obiektywem ktoś się posługuje, jakich technik używa, co, kogo i gdzie fotografuje oraz co później robi z materiałem wygenerowanym przez narzędzia, którymi się posługuje. Ja mam jednak swój własny drogowskaz, pokazujący mi, jak ja mam to wszystko robić, aby mieć z tego z tego frajdę i satysfakcję, a żeby jeszcze przy tym towarzyszyła mi myśl, że odbiorców moich zdjęć traktuję tak, jak sam chciałbym na ich miejsc.

W kłamstwie prawda, w prawdzie kłamstwo

Pewną kliszą i truizmem jest twierdzenie, że fotografia kłamie. Na pewnym poziomie ogólności trudno się z nim nie zgodzić, nawet w kontekście zdjęć, o których pomyślelibyśmy, że powinny pokazywać prawdę, np. o zdjęciach dowodowych w jakiejś sprawie sądowej. Pogląd ten bierze się stąd, że fotografia jest zawsze w mniejszym lub większym stopniu relatywna, jest zniekształconą reprezentacją tego, co fotograf widział. Już samo to, że zdjęcie ukazuje zaledwie krótki fragment zdarzenia na linii czasu, zazwyczaj trwający ułamek sekundy, sprawia, że nie przedstawia ono pełnego kontekstu towarzyszącego temu zdarzeniu. Fotograf zamyka obserwowaną przestrzeń w małym prostokącie, decydując o tym, co ma się znaleźć w kadrze, a co pozostanie poza nim i co nigdy nie zostanie zauważone. Manipulując ustawieniami aparatu jest on też w stanie ukryć coś w głębokim cieniu, zakamuflować szczegóły prześwietleniem lub pozbawić zdjęcia kolorów, odbierając tym samym znaczenie, jakiego mogłyby one nadawać fotografowanej scenie.

Banałem jest też twierdzenie, że obróbka jest nieodłączną częścią fotografii, że od zawsze fotografia wymagała jakiejś formy edycji. Trochę przeczy temu fakt, że dziś można wykonać cyfrowe zdjęcie i nawet palcem nie kiwnąć, tylko pozostawić je w takiej formie, w jakiej wygenerował je aparat. Codziennie przy użyciu choćby smartfonów powstają miliardy zdjęć, których nikt nie upiększa. No ale dobrze, w domyśle ta potrzeba obróbki dotyczyć ma tzw. poważnej fotografii, uprawianej przez znawców, czyli zawiera pewien podprogowy elitaryzm. Trzeba uczciwie przyznać, że w zdecydowanej większości przypadków proces tworzenia zdjęcia nie kończy się na wciśnięciu spustu migawki, tylko coś jeszcze z tym zdjęciem dzieje się później, co wypływa na jego końcowy wygląd. Najczęściej jednak nie jest to podyktowane koniecznością (jeśli sprzęt fotograficzny był odpowiednio obsługiwany), a decyzją fotografa. W przypadku fotografii analogowej film musi zostać wywołany w ciemni, a w tym procesie muszą zostać podjęte decyzje i czynności ewidentnie wpływające na efekt końcowy. W przypadku fotografii cyfrowej zdjęcie wyświetlane jest natychmiast po jego wykonaniu.

Na czym polega ta obróbka? O fotografii analogowej nie będę się rozwlekał, bo mam o niej blade pojęcie. W dużym uproszczeniu chodzi o przeniesienie tego, co zostało zarejestrowane na filmie w formie niedostępnej dla widza, na jakieś inne medium przyjazne w odbiorze, np. na papier czy slajd. Wykorzystuje się do tego różne procesy fotochemiczne, manipulując którymi wpływać można na ekspozycję, kontrast, jasność w poszczególnych partiach kadru czy, w ograniczonym zakresie, kolorystykę zdjęcia. Można też taki materiał wykadrować, zmienić jego orientację, powiększyć itp. W przypadku fotografii cyfrowej można nie robić nic, bo zdjęcie zostaje wyświetlone na ekranie natychmiast po jego wykonaniu. Ale jeśli już się chcemy coś z nim zrobić, to wachlarz możliwości jest nieporównywalnie większy. Ze zdjęciami cyfrowymi da się zrobić niemal wszystko, nawet do tego stopnia, że efekt końcowy w niczym nie będzie przypominał sceny, której świadkiem był fotograf. Ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia, dobry smak, własne sumienie lub brak tychże.

Aby takie zdjęcie mogło powstać, swoją rolę ma zarówno fotograf, który wciska spust migawki, jak też elektronika i optyka narzędzi przez niego wykorzystywanych. Obiektyw przepuszcza światło do matrycy, ta zamienia fotony na elektrony, przetwornik zamienia elektrony na zera i jedynki, a procesor tłumaczy do formy zrozumiałej dla ludzkiego oka. Ten ostatni etap może odbywać się w aparacie i wtedy otrzymujemy gotowe JPEGa prosto z puszki, albo ten zbiór zer w postaci pliku RAW można przenieść na dowolne urządzenie zewnętrzne i jemu powierzyć zadanie uczynienia z niego obrazu. W półświatku fotografów czasem obiektem sporu jest to, czy należy fotografować w RAWach, czy w JPEGach. Mimo, że uważam to za kwestię kompletnie wtórną i wynikającą z dużo ważniejszych decyzji opartych na określonej filozofii fotografowania, to ten powierzchowny spór potrafi czasem rozgrzać obie strony do czerwoności.

Skoro ustaliliśmy, że fotografia nigdy nie oddaje w pełni wiernego obrazu rzeczywistości, sam fotograf także manipuluje sposobem jej przedstawienia, a edycja zdjęć istnieje i jest często stosowana, to jak bardzo zniekształcone może być zdjęcie, aby miało jeszcze cokolwiek wspólnego z tą rzeczywistością? Co ma większą wartość: zdjęcie bez dodatkowej edycji, które i tak nie jest wiernym obrazem rzeczywistości, czy upiększony w postprodukcji obraz, który też odbiega od rzeczywistości, tylko że trochę (lub dużo) bardziej? Czy fotografia może kłamać mniej lub bardziej? I czy w ogóle powinniśmy się przejmować tym, jak bardzo fotografia kłamie, skoro i tak wiemy, że w jakimś stopniu kłamie na pewno? Może po prostu nabrać do niej dystansu, przestać ufać temu co przedstawia, a tylko cieszyć się wrażeniami estetycznymi, jakich dostarcza? A na koniec: co do tego wszystkiego ma RAW i JPEG?

Wszystko zaczyna się w głowie

Jeśli celem fotografii jest tylko stworzenie wizualnej kreacji, która ma się spodobać i/lub na siebie zarobić, ewentualnie zyskać jakąś popularność, to w zasadzie nic nie musi nas ograniczać. Jesteśmy w stanie wybrać konkretnego modela, którego przedstawimy na obrazie. Możemy go poinstruować, jak ma się ubrać, uczesać, jakie gesty i pozy wykonywać. Możemy zaprowadzić go w konkretne miejsce o konkretnej porze, dodać do sceny dowolne rekwizyty i w kontrolowany sposób ukształtować światło przy pomocy zewnętrznych jego źródeł. Następnie w procesie edycji możemy modelowi wybielić zęby, usunąć pryszcze, zmienić kolor włosów, a wszystko to przyprawić jeszcze wygenerowaną przez AI tęczą z galopującym po niej jednorożcem. Ktoś może uznać, że tak przerysowany przykład wykracza już poza granice dobrego gustu, ale dobrego gustu nie da się zdefiniować. Jeśli komuś się to podoba, to czemu miałby tego robić? Ja uważam, że nie ma żadnych przeciwskazań. Wręcz powinien to robić, jeśli daje mu to satysfakcję lub pozwala opłacić rachunki. Ale nie upierałbym się, żeby nazywać coś takiego fotografią.

Upiększanie portretów ludzi jest już wręcz memem samym w sobie dzięki okładkom magazynów, z których celebryci straszą plastikową cerą, wydłużonymi nogami i zdeformowaną figurą. Takie rzeczy zauważamy dość szybko, a nawet jeśli ich nie, to zakładamy, że zostały one umiejętnie przemycone, no bo przecież każdy wie, że kolorowe magazyny nie pokazują prawdy. Podobne zabiegi stosowane są także w innych dziedzinach fotografii i umiejętnie przeprowadzone mogą nie być łatwe do zidentyfikowania, a często przez samych fotografów traktowane są jako niezbędny składnik atrakcyjnej wizualnie pracy. Czym się różni radykalna zmiana balansu bieli na niebie, żeby odrealnić jego kolor, od zmiany koloru włosów modela? Czym się różni pojechanie po suwaku clarity tak bardzo, że z jednolitej pokrywy chmur równomiernie rozpraszającej światło robią się ciemne burzowe cumulonimbusy, od wspomnianego jednorożca? Niczym. W każdym z tych przypadków elementy te są wytworem czyjejś wyobraźni, a nie obiektywną reprezentacją rzeczywistości.

Jeśli jednak fotografia ma mieć charakter dokumentujący (celowo nie nazywam jej dokumentalną, żeby nie mylić z odrębną dziedziną fotografii), to powinna oddawać rzeczywistość w możliwie wierny sposób, zniekształcony jedynie przez niedoskonałości narzędzia. Fotograf buduje tutaj obraz jedynie z już rozstawionych klocków, które zastał będąc świadkiem uwiecznionej sceny, bez dodawania w postprodukcji elementów urojonych. Oglądając takie zdjęcie chcemy wierzyć, że przedstawia coś prawdziwego, nawet jeśli w niedoskonały sposób. Kadr może pozostawiać mnóstwo niedopowiedzeń lub wręcz sugerować coś, czego na nim nie ma, ale to już jest wynik jego interpretacji przez widza. Jeśli mamy kwadratowe klocki i potrafimy zbudować z nich coś, co odbiorca odczyta jako koło, to świadczy to wyłącznie o kunszcie fotografa, pod warunkiem, że nie podkradł on okrągłych klocków z zestawu Lego Photoshop. Nadal mamy tu ogromne pole do wykazania się kreatywnością. I choć fotografia dokumentująca nie musi koniecznie dostarczać wrażeń estetycznych, to może to robić, a dobra fotografia wręcz powinna, pod warunkiem zachowania wspomnianego rygoru. Taka szkoła fotografowania trafia do mnie zdecydowanie bardziej.

Zdjęcie wcale nie musi być częścią reportażu ani trafić na łamy gazety, żeby coś dokumentować. Może to być relacja z rodzinnej imprezy, pocztówka z wakacji, kadry ze spaceru po mieście czy cokolwiek innego bez żadnych ograniczeń gatunkowych. Liczy się tutaj filozofia, jaka przyświecała twórcy. Piękno fotografii dokumentującej bierze się z uważności fotografa, jego spostrzegawczości, umiejętności przewidywania zdarzeń, kojarzenia wizualnych niuansów, świetnego refleksu, synchronizacji i wyboru momentu decydującego dla danej chwili, a nie z wciskania ludziom kitu. Zdjęcie pani w niebieskim berecie mijającej pana z szarym parasolem w ręku mogłoby być zupełnie przeciętne lub wręcz nieciekawe, ale nic nie jest w stanie powstrzymać odpowiednio zdeterminowanego zwolennika zaawansowanej postprodukcji przed zmianą koloru beretu na czerwony i wygenerowaniem przez AI bukietu czerwonych róż zamiast parasola. Taki obraz pewnie byłby całkiem atrakcyjny, ale warty tyle samo, co byle jaki landszaft odpicowany w Lightroomie na wzór narkotycznej wizji baśniowej krainy.

Granice są od tego, żeby je przekraczać

No dobrze, ale jeśli taki krajobraz miałby być realistyczny, to czy można tę trawkę na zdjęciu zrobić odrobinę bardziej zieloną, tak tyci, tyci? Może jeszcze parę listków uczynić czerwonymi dla bardziej jesiennego klimatu, ale dosłownie tylko kilka… Albo ten niebieski beret niech pozostanie niebieski, ale chociaż balans bieli zmienić lokalnie tak, żeby ten parasol zbliżył się do niego kolorem. Jakby tak suwaki przesunąć nie do oporu, a tylko na 25%, to wtedy to jeszcze można nazywać fotografią, czy już nie? Jeśli bawić się w politykę, a nie fotografię, to generalnie można... Jeśli jednak nie czujemy się komfortowo z poczuciem, że sprzedajemy kłamstwo odbiorcom takiego zdjęcia, to warto jednak zastanowić się nad zagadnieniem etyki w fotografii. Ja wypracowałem sobie pewien kodeks postępowania, którego staram się trzymać.

Aby się nie zastanawiać przy każdym zdjęciu, jak daleko mogę się posunąć na etapie jego obróbki, przyjąłem prostą zasadę: jeśli tylko mogę, w ogóle nie zabieram się za obróbkę. Odszedłem od myślenia, że mogę zrobić zdjęcie niechlujnie, bo potem da się je jakoś poprawić. Staram się używać aparatu w taki sposób, aby generował obraz kompletny. Godzę się z tym, że nie będzie on wierną reprodukcją rzeczywistości, ale ja się do jej deformacji przyczynię w jak najmniejszym stopniu, jak to tylko możliwe. W fotografii dokumentującej nie jest wszak ważne to, aby wszystko było dosłowne, tylko żeby było szczere. Obraz może być zniekształcony poprzez taką a nie inną charakterystykę narzędzia wykorzystywanego do jego rejestracji, ale dobrze by było, aby nie znajdowały się na nim żadne fikcyjne elementy dodane na etapie obróbki. Zmiana koloru kapelusza, podmiana nieba czy wygenerowanie tęczy, mimo bardzo odmiennych technik, sprowadza się do tego samego: opowiadania widzowi niestworzonych bajek.

Zdaję sobie sprawę, że brzmi to z pozoru dość radykalnie. Dopuszczam jednak pewne formy edycji, które mogą lokalnie lub globalnie zmieniać wygląd zdjęcia, ale i tutaj przestrzegam jasnych zasad. Oto dwa przypadki uzasadniające wprowadzenia korekt w postprodukcji: błąd fotografa lub ograniczenie techniczne sprzętu skutkujące jakimiś niepożądanymi konsekwencjami. Błąd zwykle sprowadza się do nieprawidłowych ustawień i nieprecyzyjnego kadrowania, dochodzi do niego w sposób nieumyślny, może on się zdarzyć raz na jakiś czas, ale nie wynika ze stałej zamierzonej praktyki. Z kolei ograniczenia sprzętowe powodują, że sporadycznie rozpiętość tonalna jest zbyt trudna dla algorytmów silnika JPEG, a ja nie mam przy sobie narzędzi, które mogłyby ją wspomóc lub po prostu nie mogę lub nie zdążę ich użyć. Podobnie jest z uzyskaniem prostej perspektywy, do czego niezbędny może być obiektyw tilt-shift, którego zwyczajnie nie posiadam. Jeśli technologia cyfrowa może przyjść tu z pomocą, to nie mam nic przeciwko.

Zdziwić może fakt, że będąc orędownikiem JPEGów prosto z puszki fotografuję głównie w RAWach. Już wyjaśniam: tuż po zwolnieniu migawki do pamięci operacyjnej aparatu i tak najpierw wpada surowy zapis danych, a dopiero w następnym kroku aparat decyduje, czy zapisać te dane na nośniku w niezmienionej formie, czy przetłumaczyć je na gotowe zdjęcie. Dzieje się to w mgnieniu oka, ale sekwencja zawsze jest taka sam. Nie interesuje mnie, czy JPEG zostanie zapisany milisekundę po zakończeniu ekspozycji, czy rok później, pod warunkiem, że odbywa się to w aparacie. Dlaczego zależy mi na tym, żeby odbywało się to urządzeniu zewnętrznym? Dlatego, że programy do edycji RAWów generują domyślnie obraz jałowy, pozostawiając użytkownikowi zadanie doprawienia i dogotowania tej surowizny do zjadliwej postaci. Ja jednak nie cierpię zastanawiać nad tym, które suwaki przesunąć i w jakim stopniu. Nie chcę myśleć, czy efekt końcowy jest tym, co widziały moje oczy, czy tak właśnie zapamiętałem tę rzeczywistość i czy w ogóle moje wyobrażenie ma cokolwiek wspólnego ze stanem faktycznym. Strasznie się przy tym morduję i nawet trochę zazdroszczę tym, którzy takich problemów nie mają.

Widzę to tak, jakby przyjść do restauracji i zamiast smacznego posiłku dostać na wpół surowe i niedoprawione składniki, a kelner wskazałby kuchnię i kazał samemu sobie dokończyć robotę wedle własnego uznania. Gdybym chciał sobie coś ugotować, to bym został w domu. A do restauracji idę, bo nie chcę gotować, a chcę zjeść smaczny posiłek. Podobnie podchodzę do obrazu w kadrze: gdybym chciał go sobie ugotować, to bym go namalował. Z kolei gdy fotografuję, to znaczy, że nie nic malować, tylko chcę, żeby aparat dał mi gotowy smaczny obraz. Aparat rejestruje i przetwarza obraz według zadanych ustawień, których część wybieram tuż przed, a część już po zakończeniu ekspozycji. I tak wybór ustawień wpływających wyłącznie na działanie silnika JPEG zostawiam sobie na później, bo mogę. Większość współczesnych aparatów (chyba tylko poza Sony, sorry…) umożliwia przetłumaczenie wykonanego RAWa do JPEGa w dowolnym momencie po zrobieniu zdjęcia i z dokładnie takim samym efektem, jaki dałoby wprowadzenie tych ustawień jeszcze przed zwolnieniem migawki. Tak właśnie powstały wszystkie opublikowane tu fotografie.

Mój workflow wygląda tak, że po zakończeniu zdjęć siadam sobie na spokojnie z aparatem, przeglądam w nim zarejestrowane kadry, wybieram najlepsze i za pomocą kilku kliknięć każde z nich konwertuję do JPEGa. Korzystam z fabrycznych profili obrazu, w których w zależności od potrzeb zmieniam ustawienia DR, krzywej, balansu bieli, nasycenia itp. W ten sposób otrzymuję zdjęcia prosto z puszki, czyli wygenerowane wyłącznie przez aparat, bez żadnych magicznych dodatków. Pliki te trafiają następnie na tablet, głównie w celu archiwizacji i przygotowania do publikacji. Przygotowanie to sprowadza się do wprowadzenia ewentualnych korekt perspektywy, przycięcia kadru, wyostrzenia, odszumienia i zapisu do rozdzielczości odpowiedniej do prezentacji w docelowym medium. Jedynym występkiem, jaki mogę się sporadycznie dopuścić, jest wystemplowanie drobnego nieistotnego elementu, będącego raczej gdzieś na obrzeżach kadru, którego mógłbym w łatwy sposób uniknąć, gdybym lepiej przyłożył się do kompozycji. Pilnuję się jednak, aby były to jedynie takie elementy, które nie wpływają na sens zdjęcia, nie zaburzają jego istoty, czyli np. jakiś kawałek gałązki lub czubek buta osoby, która nie miała znaleźć się w kadrze.

Wszyscy mają rację, mam i ja!

Doskonale znam argumenty zawodowców używających sprzętu fotograficznego do produkcji ładnych dochodowych obrazków: kłamstwo się sprzedaje, a tylko sprzedane zdjęcie pozwoli mi opłacić rachunki, w przeciwnym razie nic mi po nim, nawet jeśli będzie bardzo prawdziwe, bo pusty żołądek i kredyt do spłacenia są jeszcze bardziej prawdziwe. I ja doskonale te argumenty rozumiem. Jeśli ktoś lubi sobie podłubać na komputerze i spełnia się w tym artystycznie, to również nic mi do tego. Najczęściej jednak słyszę argumenty typu: wiem lepiej, jak powinno wyglądać zdjęcie i żaden aparat nie będzie mi tego mówił, a jak nie wiem, to będę grzebał w suwakach tak długo, aż już nic lepszego nie wymyślę, bo wszyscy tak robią i obrabiać RAWy trzeba, gdyż JPEGi są dla leni, dyletantów i frajerów. To pozostawię bez komentarza. Nie chcę nikogo przekonywać do swoich racji, a jedynie może zachęcić do zastanowienia się nad czymś, nad czym wielu mogło się nigdy nie zastanawiać, bo nawet nie wiedziało, że to legalne.

Ja coraz częściej łapię się na tym, że widząc ładne cukierkowe zdjęcie natychmiast tracę nim zainteresowanie, gdy tylko uzmysławiam sobie, że prawdopodobnie jego autor wciska mi jakiś kit. Popularne obecnie metody obróbki, szczególnie w fotografii krajobrazowej i portterowej, zaczynają budzić we mnie niesmak. Dosłownie każdy internetowy tutorial z obsługi Lightrooma i Photoshopa pokazuje te same kiczowate techniki, najczęściej zastosowane po kilka jednocześnie, których na Instagramie jest już aż do porzygania. Ja już nie jestem w stanie czegoś takiego więcej przetrawić, odcinam się od tego i uciekam jak najdalej, być może w stronę nadmiernego puryzmu i dyscypliny, ale tu przynajmniej jest bezpiecznie. I sądzę, że problem ten nie sprowadza się wyłącznie do estetycznego wyczucia i dobrego smaku, ale ma swoje podstawy dużo głębiej, w mniej lub bardziej przemyślanej filozofii sztuki i etyce fotografa.

Next
Next

Fujifilm X-T5 ~500 dni później